Witamy na stronie Nadbużańskiego Stowarzyszenia Oświatowo-Ekologicznego "Mężenin".

Aktualności

  • Gdzie Rzym, gdzie Krym ...

    Gdzie Platerów, gdzie Nowy Jork, gdzie Ulica Krokodyli, gdzie Wall Street? Otóż to.

    Gdyby rok temu ktoś powiedział, że w sierpniu tego roku będę widzem w teatrze na Brodway’u to poradziłabym mu wizytę u specjalisty. Uznałabym tę perspektywę za okrutną mrzonkę. Z wielu powodów. Finansowych, wizowych, organizacyjnych itp. A tu proszę bardzo! Niespodzianka! Może nie do końca taka niespodziana bo trzeba było w przytomności umysłu złożyć stosowne wnioski, niemniej jednak, sama podróż to coś zaskakującego. No jak to? Ja polecę do Ameryki?

    To zaskoczenie i zdziwienie jednocześnie ma przedziwny walor heurystyczny, gdyż „Ameryka” jest w potocznej tradycji kulturowej filmowych mitem o niezwykłości i mocy ludzkiej energii , więc wizja spotkania oko w oko daje miłą, twórczą burzę w głowie. Powoduje też dużo emocji nakręcających ciekawość i pęd poszukiwania informacji o transatlantyckim lądzie.

    Wizyta w ramach programu była szczelnie upakowana rozmaitymi spotkaniami, wykładami. Wiedza, którą na nich zaprezentowano, nie zrobiła w mojej świadomości rewolucji ale w kwestiach fundamentalnych (rola kultury w socjalizacji i jej misja cywilizacyjna w społeczeństwach postmodernistycznych) dała wsparcie moralne dla przekonań, które mam od zawsze, a które moje środowisko lokalne oraz oświatowe, traktuje jak głos wołającego na puszczy. Nabrałam przekonania, że mam rację, z uporem maniaka, organizując rozmaite wydarzenia artystyczne, realizując projekty z różnych obszarów kultury, robiąc na przykład galerię z wiejskiej szkoły masowej. Naprawdę, rzadko znajduję zrozumienie w tych sprawach. Urzędnicy oświatowi wręcz krytykują takie pomysły w niewybredny sposób. Mam w garści konkretne argumenty, przykłady rozwiązań w wyżej wymienionych kwestiach, że „tak robią w Ameryce”, w kraju przecież nader pragmatycznym . Trzeba mieć wiarę w to co się robi a nie jest to łatwe, gdy, jak ten nieszczęsny Mojżesz, słyszy się gderanie niecierpliwych i bez wiedzy.

    Odwiedzenie tak wielu miejsc było też zwyczajnie, kopalnią pomysłów dużych - na całe projekty i małych - jakichś rozwiązań praktycznych czy psychologicznych, które dla kogoś takiego jak ja, kto permanentnie szuka inspiracji, są nie do przecenienia. Dobrze też było dowiedzieć się jak wygląda organizacja działań, licznie odwiedzanych przez nas placówek i fundacji, a także jakie są ich zasady finansowe.

    Jest oczywistością, że jedna rzecz wiedzieć o czymś a druga tego doświadczyć. Wiedzę o tym jak wygląda Waszyngton czy NY mamy, nawet w nadmiarze, z polskich mediów. Jednak znalezienie się fizycznie w filmowych miejscach (Biały Dom, Manhattan, Times Square itd.) postawiła mnie w permanentnej sytuacji estetycznego starcia z mitem. Jest to taki stan świadomości, który nie mija bez śladu. Trzeba to zobaczyć i być tam. Dlaczego? Nie wiem. Z tego doświadczenia wynika też stan ciągłego dialogowania z tym co się widzi ale też długo po tym, także teraz, gdy oglądam zdjęcia czy porządkuję zapiski. Dialog z wdrukowanymi wzorami kultury polskiej i amerykańskiej z tym, czego się doświadcza czy zapamiętało jest świetną pożywką dla ruchu myśli. Są to procesy dobrze opisane, nie ma co ich uzasadniać. Miło ich doświadczyć.

    Wyjazd, którego doświadczyłam, był też przykładem, że wizyta z definicji kształcąca, może dawać też, z niebagatelnym pożytkiem, czas na przeżycia estetyczne najwyższej jakości (polscy organizatorzy szkoleń, wizyt, nasiadówek itp. nie mają o tym pojęcia). Zobaczyć spektakl na Brodway’u, oryginalne prace Warchola, autoportret Fridy Kahlo itp. itd. to są przeżycia, które dają siłę żeby następnego dnia „wstać i iść”. Takie spotkania są zawsze ważniejsze niż niekończące się wykłady nawet bardzo uczone. Moc przeżycia estetycznego jest znana planistom z Departamentu Stanu, jakże miło było się o tym przekonać. Na marginesie powiem wrednie, że zrozumiałam dlaczego Józefowicz nie ma szans w NY.

    W Ameryce spotkało mnie jeszcze coś z gatunku przygody wyrafinowanej.

    Otóż w Momie, w części poświęconej Braciom Quay, widziałam za szybą egzemplarz polskiego wydania „Sklepów cynamonowych” Schulza. Można było też zobaczyć film inspirowany „Ulicą Krokodyli"... W maju tego roku byłam na Ulicy Krokodyli w Drohobyczu... To są te „najintymniejsze poruszenia klienta”, te zyski nieprzekładalne.

    A zyski z tej wyprawy, jak widać, są liczne i różnego kalibru: pragmatyczne, abstrakcyjne, irracjonalne i ulotne. Wszystkie są jednakowo ważne i wszystkie razem dają wieloaspektową, wielozmysłową przyjemność umysłową. Ta przyjemność to jest skuteczna forma uwodzenia Europejczyka. Niestety?

    I last but not least: to po prostu piękny prezent i nagroda oraz forma dowartościowania. Co prawda, nie od tych, dla których się pracuje ale, co może cenniejsze, od tych „co wiedzą i mają”.

    Całe to inspirujące doświadczenie zawdzięczam Stowarzyszeniu Szkoła Liderów, Polsko – Amerykańskiej Fundacji Wolności, United Statetes Departament of State, którzy dopuścili mnie do programu International Visitor Leadership Program.

    Dziękuję serdecznie

    Maria Daszko

    Brothers Quay, The Street of Crocodiles

  • Na Wysoki Zamek

    W wirze przygotowań do EURO 2012, kiedy wszyscy zainteresowani piłką nożna monitorują tabele: kto? z kim? kiedy? gra, dzięki finansowemu wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK przedstawiciele Nadbużańskiego Stowarzyszenia Oświatowo-Ekologicznego „ Mężenin” oraz zaprzyjaźnieni z organizacją uczniowie Publicznego Gimnazjum w Platerowie wybrali się do Lwowa. Nie na mecz, lecz by przemierzyć ścieżki, którymi przechadzali się sławni tej części Europy: Konopnicka, Lem czy Banach.

    Wyjazd był finalnym elementem projektu „Na Wysoki Zamek”. Uczniowie, by wybrać, której sławnej osoby losy we Lwowie mają prześledzić, stworzyli najpierw prezentacje multimedialne o pisarzach (Karol Makuszyński, Stanisław Lem, Maria Konopnicka), poetach (Zbigniew Herbert, Leopold Staff, Jan Kasprowicz) i naukowcach (Ignacy Łukasiewicz, Stefan Banach, Eugeniusz Romer), którym zdarzyło się być, pomieszkać i popracować we Lwowie lub których żywot tam się zakończył. Następnie dokonano wyboru „siedmiu wspaniałych”, których perypetiom we Lwowie i z Lwowem postanowiono się przyjrzeć.

    W Żółkwi oddalonej około 30 km. od polskiej granicy, a założonej w 1597 przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego –między jedną chmurą deszczu a drugą-udało się nam zobaczyć pozostałości zamku i synagogę (jedna z największych w Europie bóżnic o charakterze obronnym zbudowana w stylu renesansu),obecnie remontowaną. Przespacerowaliśmy się po rynku, doszliśmy pod Kościół Dominikanów pw Wniebowzięcia NMP i z nadzieją na słoneczną pogodę udaliśmy się w stronę „Lwiego grodu”.

    A Lwów powitał nas deszczem. I chociaż mokre były nasze kurtki, przemierzaliśmy śmiało ulice miasta i fotografowaliśmy szkoły, kamienice i parki, w których bywali Lem, Herbert czy Zapolska.

    Pogodzeni z deszczem, dzięki uprzejmości znajomego dyrektora Pavlo Hnusa, mieliśmy okazję poprzebywania na Stadionie Arena Lwów.

    Jako uczestnicy próby do EURO 2012 wtopiliśmy się w tłum, z którym autobusami i marszrutkami (bus z kilkunastoma miejscami siedzącymi, który jeżdżąc po ustalonej trasie zatrzymuje się na każde żądanie pasażerów - wsiadających lub wysiadających; cena biletu jest stała, niezależna od długości przejechanej trasy wynosi 2 hrywny), dotarliśmy pod stadion, gdzie zrewidowani na bramkach, bez szans na wniesienie wody mineralnej czy kanapki weszliśmy na jedyną oddaną do użytku trybunę główną. Mimo iż z naszymi biletami mieliśmy trafić na balkon...

    Tylko Paweł i Mateusz byli na Stadionie Narodowym w Warszawie, więc mieli porównanie. Inni patrzyli bez odniesienia.

    Środę przeznaczyliśmy na Drohobycz Schultza. Naszym planom zwiedzenia miasta, w którym żył, pisał, malował i zginął twórca „Sklepów cynamonowych” wtórowało słońce. Wrażenie największe zrobiły na niektórych freski - baśniowe kompozycje ze ścian pokoju dziecięcego w willi Landaua, znajdujące się obecnie w Pałacu Sztuki. Innym spodobała się cerkiew św. Jura- zbudowana bez jednego żelaznego gwoździa, uważana za jedną z najwspanialszych późnośredniowiecznych świątyń w całym regionie. A jeszcze innych zaciekawiły: ‘ręka, noga i mózg na ścianie’ na zewnętrznej ścianie kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii, Krzyża Świętego i św. Bartłomieja, o których „śpiewną” kresową gwarą opowiedział Pan Stanisław Winiarz, 80-letni Polak, jeden z liderów miejscowej polskiej wspólnoty a zarazem kościelny w drohobyckiej farze.

    Wieczorem wróciliśmy do Lwowa...

    Dzięki wspomnianej wcześniej znajomości NSO-E „Mężenin” z dyrektorem Pavlo Hnusem czwartkowe przedpołudnie spędziliśmy w szkole. Tam, pod kierunkiem zaprzyjaźnionego ze Stowarzyszeniem artystą, Danielem Ludwiczukiem ukraińska młodzież lepiła stwory z gliny, a polscy gimnazjaliści wycinali ptaki z papieru i tworzyli tradycyjne lalki ukraińskie.

    Świadomi korzyści finansowych i społecznych płynących z poruszania się po mieście marszrutkami w upalne czwartkowe popołudnie dotarliśmy nimi na Cmentarz Łyczakowski. Pośród drzew, chodnikami wznoszącymi się i opadającymi wraz z nachyleniem wzgórza spacerowaliśmy, szukając cennych dla nas nazwisk (Konopnicka, Zapolska, Banach) i zachwycając się nagrobkami: Wandy Markowskiej czy Artura Grottgera.

    Wieczorną porą udaliśmy się na Wysoki Zamek, by miastu przyjrzeć się z innej, strony, bo pisał Makuszyński: Wywiódł nas na Wysoki Zamek, skąd się roztaczał widok tak szeroki, że wiatr, który tu się rodzi i leci ku lesistym widnokręgom, długo musi lecieć, zanim dopadnie sinych lasów. Miasto modliło się w dole nieprzerwanym szmerem i podniosło ku słońcu swoje wieże, jak wzniesione błagalnie ramiona.

    Mimo nocy - na ulicach jaśniało. Znane z przewodników: Katedra Łacińska i Katedra Ormiańska, Cerkiew Wołoska i ulica Ruska, Kościół Dominikanów i Rynek z Czarną Kamienicą i Ratuszem oraz Teatr Miejski I Politechnika Lwowska-obowiązkowe punkty programu każdej wycieczki do Lwowa, iluminacją skupiały na sobie wzrok przechodnia.

    Nie chciało się stąd wyjeżdżać...

    Alicja Zienkiewicz - Zielińska

    Zobacz galerię zdjęć

  • Nauka poszła w las. Idźmy za nią!

    W Anglii popularne są Leśne Szkoły, które oferują dzieciom, młodzieży i dorosłym, możliwość rozwijania pewności siebie i poczucia własnej wartości poprzez doświadczenie zjawisk przyrodniczych w lokalnym środowisku leśnym. Zajęcia w leśnej „sali” mają na celu zwiększenie zrozumienia środowiskowego, społecznego i gospodarczego potencjału lasów.

    W Platerowie nie musimy sztucznie zakładać zielonych sal, tworzyć buszu ani urządzać wielkich wypraw w knieje na drugim końcu powiatu. Świadomi tego, w co jesteśmy bogaci przy wsparciu finansowym Fundacji im. Jana Kantego Steczkowskiego, doprowadziliśmy (członkowie Nadbużańskiego Stowarzyszenia Oświatowo- Ekologicznego „Mężenin”) do realizacji cyklu zajęć w przedszkolu opatrzonych tytułem: „Nauka poszła w las! Idźmy za nią!.

    Inicjatorka projektu i Prezes Stowarzyszenia Maria Daszko rzuciła temat ”las”. Do jego realizacji zaprosiła zaprzyjaźnioną ze Stowarzyszeniem szkołę w Platerowie, nauczycielki: Małgorzatę Sujkowską i Alicję Zienkiewicz- Zielińską, szkolnego psychologa – Ilonę Bardak – Wojtczuk, artystkę z Centrum Sztuki w Toruniu - Dominikę Lewandowicz oraz nauczycielki z przedszkola: Renatę Głuchowską, Edytę Rybicką, Anettę Węgrzyniak i Emilię Trochimiuk.

    Przedszkolaki dowiedziały się, co w trawie piszczy i o czym szumi las. Zimą tropiły ślady zwierząt w zaspach w lesie oddalonym 300 m od przedszkola, zaś wiosną nazywały rośliny i wsłuchiwały się w ptasi tryl. W siedzibie Nadleśnictwa Sarnaki rozpoznawały zwierzęta, a w szkółce w Zabużu uczyły się nazw gatunków drzew. A w szklanym pojemniku w klasie zasadziły „las”.

    Nim jednak do zajęć przyrodniczych się zabrały-ustaliły zasady pracy, by się nie przekrzykiwać w pomysłach, słuchać kolegów, ale i mieć własne zdanie.

    Pod opieką anglistki zaczęły śpiewać po angielsku o lesie, zającach, lisie, ptakach i pająku. Narysowały ilustrację do tekstów, zrobiły sowy z rolek po papierze toaletowym oraz ptaki i pająki z wycinanek.

    Dzięki pomysłowości i rewolucyjnemu podejściu do edukacji artystki Dominiki Lewandowicz przedszkolaki dostrzegły, jaki pożytek mamy z lasu. Z pomocą naturalnych materiałów wytworzyły m.in.:: perfumy, odświeżacze powietrza oraz rzeźby, I z pomalowanymi buziami (body art) przemaszerowały ulicami Platerowa podczas zawodów sportowych „Biegiem przez Platerów”, czym zadziwiły mieszkańców i przyjezdnych. Dominika podsunęła dzieciom i nauczycielkom pomysły na wykorzystanie pozornie zbędnych przedmiotów.

    Projekt miał rozwinąć u przedszkolaka dyspozycje do wspólnego działania, gotowość do uczestniczenia w różnych sytuacjach, reagowania na nowe zdarzenia, porozumiewania się i dyskutowania.

    Wiadomo, że wszystko, co dobre - szybko się kończy. Zaskoczył nas czerwiec, bo wraz z jego przyjściem projekt „ Nauka poszła w Las! Idźmy za nią!” dobiegł końca.

    W pewien piątek zebraliśmy się na podsumowaniu działania. Na tle dziecięcych prac-efektów zajęć o lesie z Małgorzatą Sujkowską, Iloną Bardak – Wojtczuk, Alicją Zienkiewicz- Zielińską i robiących największe wrażenie nowatorskich dzieł stworzonych pod opieką artystki, Dominiki Lewandowicz-przedszkolaki zaśpiewały po angielsku: „It’s A Dog, Wow-Wow”, „Two Little Birds” and „ Did You Ever See A Lessie?”.

    Mała prowadząca, Kalina przedstawiła działania w projekcie. Rodzice obejrzeli zdjęcia, a potem ze swymi i znajomych dziećmi z materiałów zaczerpniętych z lasu (szyszki, patyki, orzechy, kora) stworzyli leśne stwory.

    Całość zakończono podpisaniem przez małych uczestników certyfikatu uczestnictwa w projekcie, schowaniem go w butelce i zakopaniem pod drzewkiem- „pamiątką” z wycieczki do Szkółki Leśnej „Zabuże”.

    Alicja Zienkiewicz- Zielińska

    Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z realizacji i podsumowania projektu

  • Na lwyby

    „Przedsięwzięłam ekspedycję” na lwy, w miejsce, w którym jest ich ponad trzy tysiące. Czyli – do Lwowa.

    Lew symbolizuje siłę ducha, działanie, potęgę światła i słowa, umysł i rozum, więc gdzie, jak nie we Lwowie szukać natchnienia? Mieście czasu, różnic, wdzięku i polotu. Mieście pięknym i egzotycznym?

    Spotkałam tu ludzi niepospolitych (profesorowie Akademii Sztuk Pięknych: Wasyl Bondarczuk, Olieksandr Woloszenko, Tatiana Potapienko, dyrektor szkoły Pawlo Gnus, przewodnik, historyk p. Ola), którzy sami są inspiracją, a w lwowskich okolicznościach architektonicznych to: „No brylant, no istny cud”!

    Zapuściłam się w zakamarki uliczek i podwórek, gdzie od wczesnego ranka do późnej nocy czuć zapach kawy i rogalików. Zagapiłam się na freski Rozena, witraże Mehoffera, zachwyciłam pracowniami w akademii, teatrem cieni, podziemną rzeką, tangiem na nocnym rynku. Widziałam Kopalnię Kawy, dom Zbigniewa Herberta, huculskie kożuchy, dachy miasta, stadion na Euro 2012. Zrobiłam plany na wymiany nauczycieli, artystów i młodzieży, zyskałam parę pomysłów na formy pracy z dziećmi. Mam wrażenie, że we Lwowie mamy dobry przyczółek na rozmaite warsztaty i projekty edukacyjne.

    Jest to miejsce , do którego chce się wrócić i, do którego chce się przywieźć innych.

    Lwów. Miasto pięknych detali.

    Dla mnie – miasto natchnienia dzięki sztuce tu zgromadzonej, a jeszcze bardziej dzięki ludziom utalentowanym i szczodrym.

    Moim dobrodziejem, finansującym zasugerowaną wcześniej potrzebę rozwoju, jest Stowarzyszenie Szkoła Liderów!

    Serdecznie dziękuję!

    Maria Daszko

    Zobacz zdjęcia

  • Kiermasz Wielkanocny

    W sobotę, 7 kwietnia młodzież z gimnazjum w Platerowie prezentowała swoje rękodzielnicze talenty na kiermaszu wielkanocnym w Siemiatyczach. Dom Kultury zaprasza nas od kilku lat na tę imprezę. Stowarzyszenie pozyskuje środki na materiały i organizuje prace a młodzież wykonuje najrozmaitsze przedmioty, które stara się sprzedać na kiermaszu. W tym roku, mimo okrutnej pogody, młodzież zaoferowała kupującym świece, plamy, pisanki, stroiki świąteczne, biżuterię filcową, karty świąteczne i wiele innych rzeczy.

    Zobacz galerię zdjęć